John Higgins, jeden z najbardziej znanych i lubianych snookerzystów jest zamieszany w pewną aferę. Oto szczegóły:
"Świat dzieli się na dwie połowy, w jednej z nich jest nie do życia, w drugiej nie do wytrzymania."
Marek Hłasko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Various. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Various. Pokaż wszystkie posty
środa, 5 maja 2010
wtorek, 23 marca 2010
Popalił dwóch policjantów, bo chcieli mu odebrać jedyny sposób na życie
To miała być rutynowa wizyta komornika na posesji jednego z mieszkańcow miejscowości Komorze (woj. wielkopolskie, powiat jarociński). Tyle, że taka zwykła to ona nie była, co potwierdza fakt, że egzekucja przeprowadzona była w asyście dwóch jarocińskich policjantów. Około 7:30 dziś rano (23.03.2010) na posesję 47-latka wkroczył komornik, aby wyegzekwować od niego samochód osobowy Polonez. Tak wcześniej postanowił Sąd. Tyle, że 47-latek wcale nie zamierzał swojego mienia ruchomego oddawać bez walki. Krzyczał, że prędzej umrze, niż komornik mu go zabierze. Zachowywał się agresywnie. W pewnym momencie oblał dwóch funkcjonariuszy i siebie beznyną i zaczął uciekać. Policjanci ruszyli za nim w pościg. Chwilkę później 47-latek ich podpalił, jeden z nich trafił do specjalistycznego szpitala w Poznaniu - ma poparzenia drugiego stopnia. Drugi po krótkiej wizycie został wypisany do domu. Czy tej tragedii można było uniknać? Oto próba odpowiedzi.
Mężczyzna był bezrobotny. Wcześniej spłacał liczne długi. Jedynym źródłem jego utrzymania byl złom, który zbierał gdzie popadło. Ma się rozumieć, że oczywiście woził go swoim Polonezem z przyczepką. Nie usprawiedliwiam go - zrobił coś, za co w kodeksie karnym, sąd może go skazać na 10 lat więzienia. Czy jednak można było rozważyć pewne okoliczności, rzekłbym "życiowe" tego człowieka? Ten Polonez i przyczepka to było jego jedyne źródło utrzymania, uważam za błąd decyzję kogoś ktoś nakazał mu go zabrać. Nie znam się na prawie, ale na zdrowy rozsądek chyba tak właśnie jest.
Mężczyzna znany był z porywczości i nadmiernej egzaltacji uczuć. Jego córka powiedziała jednej ze stacji telewizyjnych, że ojciec leczył się w poradni psychiatrycznej. Zastanawiam się jakie musiały nim wtedy miotać emocje, że targnął się na zdrowie a przede wszystkiim życie policjantów i komornika? Tego pewnie nikt nie rozpatrzy, bo najważniejsi są w tej sprawie poparzeni funkcjonariusze. To zrozumiałe i tak też uważam. Są jednak pewne okoliczności, które sąd powinien wziąć po uwagę. Są też pewne luki w prawie, które należy załatać, aby wkrótce takich sytuacji było jak najmniej.
Zobacz zdjęcia:
autor zdjęć:
Kamil Bachorz, Radio Centrum Kalisz
sobota, 20 marca 2010
"Nasza-klasa" musi zapłacić odszkodowanie użytkownikowi
5 tys. złotych ma zapłacić użytkownikowi najpopularniejszy portal społecznościowy w Polsce, czyli "Nasza-klasa" - Taki wyrok wydał wrocławski sąd, po tym jak serwis bezprawnie wykorzystał jego zdjęcie do celów reklamowych. Wyrok w tej sprawie dotyczy tzw. spersonalizowanej reklamy karty kredytowej. Każdy z uzytkowników po zalogowaniu się do systemu mógł objerzeć taką kartę i sposób, w jaki można ją spersonalizować. To oburzyło jednego z nich - Krzysztofa R. z Głogowa, który podał "Naszą-klasę" do sądu. Uważał on, że wykorzystanie jego wizerunku do celów reklamowych było naruszeniem praw do wizerunku. Żądał od serwisu aż 350 tys. złotych. Wrocławski sąd uznał, że - wizerunek owszem został naruszony, ale nie był wykorzystywany do celów reklamowych. Suma roszczenia według sądu była więc zbyt wygórowana.
W uzasadnieniu sędzina Anna Fiałkowska-Sobczyk stwierdziła, iż użytkownik logując się do portalu zgodził się na wykorzystywanie wizerunku, ale nie w celach reklamowych a społecznościowych. Stąd pozytywne na korzyść użytkownika orzeczenie składu sędziowskiego.
Właściciele portalu podobno nie odnieśli się do orzeczenia wrocławskiego sądu. W 2009 roku inny użytkownik serwisu żądał, aby jego fikcyjny profil utworzony przez osobę trzecią został usunięty. Portal tego nie zrobił, więc wrocławski sąd przyznał naszkoklasowiczowi także 5 tys. zlotych odszkodowania.
źródła:
sobota, 20 lutego 2010
Czarownice z Doruchowa
Znalazłem dziś ciekawy artykuł na temat polskiego salem, czyli jak w naszym cudownym kraju traktowano kiedyś kobiey :) Zachęcam do przeczytania.
18 lutego 2010
Jeśli wierzyć gazecie „Przyjaciel Ludu", ostatnie spalenie czarownic na ziemiach polskich miało miejsce w 1775 roku. 60 lat po tym wydarzeniu gazeta opisała krwawe wydarzenia, które rozegrały w Doruchowie.
Mieszkała tam wieśniaczka Dobra wraz z mężem. Małżeństwo miało wspaniały sad, a w nim najlepsze w okolicy gruszki. Wielokrotnie miejscowa dziedziczka posyłała po wspaniałe owoce. Pech chciał, że pewnego razu dostała zastrzału w palec, a włosy zaczęły się jej zwijać w kołtun. Można przypuszczać, że był to zwykły brak przestrzegania higieny, ale takie rozwiązanie nie przychodziło wtedy nikomu do głowy.
Znachorka
Posłano po miejscową znachorkę, która orzekła, że za kłopotami dziedziczki stoi Dobra. Według znachorki zamiast gruszek sprzedała dziedziczce myszy, które wywołały chorobę u pani Stokowskiej. Ostatecznie znachorka wytypowała 14 kobiet, które według niej miały parać się czarami. Cioty, bo tak nazywano wtedy czarownice, miały się zbierać obok kamienia zwanego Łysą Górą. Na spotkania przybywały oczywiście tradycyjne, a więc na miotłach. Podczas spotkań z diabłem miały sprowadzać na okolicę wszelkie nieszczęścia – choroby, zarazy, deszcze etc. Na całą okolicę padł blady strach.
Próba wody
Do działania przystąpił mąż chorej dziedziczki. Wskazane przez znachorkę kobiety poddano próbie wody. Związane wieśniaczki wrzucano po kolei do wody. Żadna nie „chciała utonąć”, co ostatecznie przypieczętowało ich los. Do innych ciekawych metod sprawdzania, czy oskarżone były czarownicami należała próba łez – jeśli kobieta nie płakała, to była czarownicą i próba wagi – jeśli ważyła za mało, czyli poniżej 50 kilogramów, znaczyło to, że jest zdolna polecieć na miotle.
Egzekucja
Kobiety na noc zostały umieszczone w specjalnych beczkach, gdzie mogły tylko klęczeć. W ten sposób zabezpieczano się przed ewentualną pomocą diabła dla czarownic. Na beczkach wyryto napis „Jezus + Maryja + Józef” . Następnego dnia z pobliskiego Grabowa przybyli sędziowie i kat. Trzy czarownice padły na torturach, ale dla pewności ścięto im głowy. Jednym z elementów tortur było wbijanie grabi w plecy. Pozostałe spalono na stosie w obecności radującej się gawiedzi. Karze chłosty poddano córki oskarżonych, z których jedna tego nie przeżyła.
Rok później sejm zakazał tortur i kary śmierci w sprawach o czary. Nie ma prawdopodobnych danych, ile czarownic spłonęło w Polsce na stosie. Podawane liczby wahają się od tysiąca do dwudziestu tysięcy.
(p.d)
źródło:
http://www.polskieradio.pl/historia/peryskop/artykul138379_polskie_salem.html?utm_source=sluchajonline&utm_medium=link&utm;_campaign=
A oto bardzo ciekawy komentarz do tego wydarzenia:
Historia rzekomych czarownic została opisana w 1835 roku przez wydawanego do dzisiaj w Lesznie „Przyjaciela Ludu”. Autorem wspomnień miał być naoczny, anonimowy świadek tortur i spalenia czternastu niewiast. Jednak jego relację podważają historycy. Według Janusza Tazbira cała relacja to po prostu falsyfikat. Tazbir ustalił nawet, iż autorem wspomnień był dziennikarz i literat Konstanty Majeranowski, który wręcz specjalizował się w preparowaniu źródeł. Według dr Małgorzaty Polaszek, w archiwalnych dokumentach nie ma mowy o procesie z 1775 roku. Owszem – proces miał się odbyć, ale osiem lat później, w 1783 roku i miano na nim stracić sześć, nie czternaście czarownic Wyrok był jednak niezgodny z obowiązującym prawem i ukarano za to doruchowskich sędziów, bowiem w 1776 roku Sejm zabronił stosowną ustawą sądom miejskim rozpatrywania procesów o czary oraz zakazał, by jakakolwiek władza wydawała wyroki skazujące. Według doruchowian to właśnie tamtejszy proces i osobista wizyta miejscowego plebana u samego króla miały wpłynąć na decyzję Sejmu. - ze strony: inquisitio.info - dużo bardziej rzetelne opracowania.
Jeśli wierzyć gazecie „Przyjaciel Ludu", ostatnie spalenie czarownic na ziemiach polskich miało miejsce w 1775 roku. 60 lat po tym wydarzeniu gazeta opisała krwawe wydarzenia, które rozegrały w Doruchowie.
Mieszkała tam wieśniaczka Dobra wraz z mężem. Małżeństwo miało wspaniały sad, a w nim najlepsze w okolicy gruszki. Wielokrotnie miejscowa dziedziczka posyłała po wspaniałe owoce. Pech chciał, że pewnego razu dostała zastrzału w palec, a włosy zaczęły się jej zwijać w kołtun. Można przypuszczać, że był to zwykły brak przestrzegania higieny, ale takie rozwiązanie nie przychodziło wtedy nikomu do głowy.
Znachorka
Posłano po miejscową znachorkę, która orzekła, że za kłopotami dziedziczki stoi Dobra. Według znachorki zamiast gruszek sprzedała dziedziczce myszy, które wywołały chorobę u pani Stokowskiej. Ostatecznie znachorka wytypowała 14 kobiet, które według niej miały parać się czarami. Cioty, bo tak nazywano wtedy czarownice, miały się zbierać obok kamienia zwanego Łysą Górą. Na spotkania przybywały oczywiście tradycyjne, a więc na miotłach. Podczas spotkań z diabłem miały sprowadzać na okolicę wszelkie nieszczęścia – choroby, zarazy, deszcze etc. Na całą okolicę padł blady strach.
Próba wody
Do działania przystąpił mąż chorej dziedziczki. Wskazane przez znachorkę kobiety poddano próbie wody. Związane wieśniaczki wrzucano po kolei do wody. Żadna nie „chciała utonąć”, co ostatecznie przypieczętowało ich los. Do innych ciekawych metod sprawdzania, czy oskarżone były czarownicami należała próba łez – jeśli kobieta nie płakała, to była czarownicą i próba wagi – jeśli ważyła za mało, czyli poniżej 50 kilogramów, znaczyło to, że jest zdolna polecieć na miotle.
Egzekucja
Kobiety na noc zostały umieszczone w specjalnych beczkach, gdzie mogły tylko klęczeć. W ten sposób zabezpieczano się przed ewentualną pomocą diabła dla czarownic. Na beczkach wyryto napis „Jezus + Maryja + Józef” . Następnego dnia z pobliskiego Grabowa przybyli sędziowie i kat. Trzy czarownice padły na torturach, ale dla pewności ścięto im głowy. Jednym z elementów tortur było wbijanie grabi w plecy. Pozostałe spalono na stosie w obecności radującej się gawiedzi. Karze chłosty poddano córki oskarżonych, z których jedna tego nie przeżyła.
Rok później sejm zakazał tortur i kary śmierci w sprawach o czary. Nie ma prawdopodobnych danych, ile czarownic spłonęło w Polsce na stosie. Podawane liczby wahają się od tysiąca do dwudziestu tysięcy.
(p.d)
źródło:
http://www.polskieradio.pl/historia/peryskop/artykul138379_polskie_salem.html?utm_source=sluchajonline&utm_medium=link&utm;_campaign=
A oto bardzo ciekawy komentarz do tego wydarzenia:
Historia rzekomych czarownic została opisana w 1835 roku przez wydawanego do dzisiaj w Lesznie „Przyjaciela Ludu”. Autorem wspomnień miał być naoczny, anonimowy świadek tortur i spalenia czternastu niewiast. Jednak jego relację podważają historycy. Według Janusza Tazbira cała relacja to po prostu falsyfikat. Tazbir ustalił nawet, iż autorem wspomnień był dziennikarz i literat Konstanty Majeranowski, który wręcz specjalizował się w preparowaniu źródeł. Według dr Małgorzaty Polaszek, w archiwalnych dokumentach nie ma mowy o procesie z 1775 roku. Owszem – proces miał się odbyć, ale osiem lat później, w 1783 roku i miano na nim stracić sześć, nie czternaście czarownic Wyrok był jednak niezgodny z obowiązującym prawem i ukarano za to doruchowskich sędziów, bowiem w 1776 roku Sejm zabronił stosowną ustawą sądom miejskim rozpatrywania procesów o czary oraz zakazał, by jakakolwiek władza wydawała wyroki skazujące. Według doruchowian to właśnie tamtejszy proces i osobista wizyta miejscowego plebana u samego króla miały wpłynąć na decyzję Sejmu. - ze strony: inquisitio.info - dużo bardziej rzetelne opracowania.
środa, 17 lutego 2010
World Press Photo 2010 - rozdane!
World Press Photo 2010, czyli najlepsze zdjęcia prasowie 2010 roku zostały rozdane. Oto zwyciezcy!
źródło:
www.press.pl
źródło:
www.press.pl
Jerzy Turek R.I.P.
"Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu, niech żyje nam" - niestety tego, jakże sławnego powiedzenia z filmu "Miś" Stanisława Barei nie uslyszymy już na żywo. Popularny Wacław Jarząbek, lub jak ostatnio Pan Józef - listonosz w Złotopolicach zmarł 14 lutego 2010 roku.
Jak dla mnie to była swego rodzaju ikona polskiego filmu. Odeszła wiekla postać polskiego kina. W 1981 roku wszedł na ekrany barejowski "Miś", w ktorym Jerzy Turek zagrał trenera Wacława Jarząbka. Słynna scena z pokoju prezesa, kiedy to szkoleniowiec śpiewa wspomniane już "łubudubu", przeszła do historii jako jedna z najlepiej obrazujących lizanie tyłka podwładnym scen w historii środkowoeuropejskiego kina. Jerzy Turek pewnie obgaduje obłudę PRL-u ze Staszkiem Bareją. Odpoczywaj w pokoju.
poniedziałek, 8 lutego 2010
Dziennikarskie wpadki
Prezentuję tutaj kilkanaście najciekawszych wpadek dziennikarskich z wielu stacji radiowych i telewizyjnych :)
1. Popularna ostatnio wpadka tvn24. Kamera miała nisko przysłonę, a w serwsie podano, że Warszawa ma awarię prądu. Zobaczcie sami.
2. Dziennikarka Magda Gałczyńska z TVP Info prawdopodobnie dobiegła do kamery i zaczęła relacjonować to, co się działo podczas haadrowej komisji śledczej.
3. Operator zaplątał się w kable :)
4. Guziczek się pani odpiął :)
5. Pani dyskretnie zerka w notatki. Przecież nikt nie widzi :)
6. Zamotała się skądinąd bardzo ładnia pani :)
7. Gra pozorów
sobota, 30 stycznia 2010
Denerwuje Cię "zima stulecia" w Polsce?
Nie ma co narzekać. Inni mają gorzej. Przeglądnij tę galerię, a sam się przekonasz
No i jak? Chyba nie mamy aż tak źle co nie? Inni mają gorzej :)
No i jak? Chyba nie mamy aż tak źle co nie? Inni mają gorzej :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































